Ale dziś nie o tym. Tarnica (1346 m n.p.m.) to najwyższy szczyt polskich Bieszczadów, należy do Korony Gór Polski. My wybraliśmy jako punkt startowy miejscowość Wołosate, gdzie na parkingu zostawiliśmy samochód i już ze wspomnianego parkingu mogliśmy podziwiać widok na Tarnicę oraz Szeroki Wierch. Stąd na szczyt prowadzi niebieski szlak, który jest najkrótszym szlakiem na wspomnianą Tarnicę (ok. 2 godz.) ale również dość stromym. Po zakupieniu biletów wstępu, ruszamy w górę. Pogoda jak na tą porę roku (ostatni dzień września) jest przepiękna, świeci słońce i jest przyjemnie ciepło. Równolegle ze szlakiem niebieskim, biegnie ścieżka dydaktyczna "Orlik krzykliwy" oznaczona zielonym kolorem. Większość trasy wytyczona jest lasem bukowym, dopiero na koniec wychodzimy na nieosłoniętą połoninę. Zdecydowaną większość drogi stanowią kamienne schody, a ścieżka jest dość szeroka. W miejscach gdzie może być grząsko znajdują się kładki a na trasie znajdziemy wiatę oraz ławki na których możemy odpocząć. Po wyjściu z lasu wychodzimy na wolną przestrzeń. Stąd podziwiamy interesujący widok na Tarnicę i Szeroki Wierch. Chwila oddechu i przed nami ostatnia część trasy, ostatnie schody (chyba najbardziej kontrowersyjne w Bieszczadach), które powstały w 2015 roku. Dokładnie są to progi przeciwerozyjne ewidentnie szpecą, jednak przez władze parku zostały uznane jako potrzebne, gdyż ta część trasy była okresowo błotnisty a turyści wydeptywali nowe ścieżki, ingerując w otoczenie.
No i wchodzimy na szczyt. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest krzyż. Ten w obecnej postaci stoi tutaj od 2000 roku i jest nie tylko atrakcją turystyczną, ale też i celem pielgrzymek. Widok z góry jest naprawdę fascynujący, a dobra pogoda sprzyja dobrej widoczności. Po zrobieniu paru zdjęć, posileniu się i odpoczynku, ruszamy z powrotem w dół, tą samą trasą. I już wiemy czemu wszyscy narzekają na schody, ponieważ nasze kolana pieką z bólu...

